O mnie
Zacząłem,
bo nikt
nie zabronił
Dekada we wrocławskim stand-upie, cztery programy i piętnaście edycji warsztatu później wiem o komedii jedno: to rzemiosło, którego da się nauczyć.

Pierwszy raz wszedłem na scenę w 2014 roku, w miejscu, które oficjalnie było knajpą, a nieoficjalnie korytarzem z mikrofonem.
Miałem sześć minut i przekonanie, że jestem zabawny. Wyszedłem po czterech, z przekonaniem, że jestem zabawny wybiórczo. To był najlepszy feedback w mojej karierze, bo od tamtej pory zamiast pytać „czy to śmieszne”, pytam „dlaczego to nie zadziałało w tym konkretnym miejscu”.
Wrocław nie miał wtedy sceny stand-upowej. Miał kilkanaście osób, które chciały, żeby ją mieć. Robiliśmy open micy w miejscach, w których dźwiękowiec był tą samą osobą co barman i konferansjer. Z tego wyrosło środowisko, które dziś organizuje występy w ramach Festiwalu Wrocek i wypuszcza komików na duże sceny.
Po drodze było impro — Nieomylni i Nice Guys — które nauczyło mnie słuchać sceny zamiast recytować kartkę. Był roast battle, który nauczył mnie, że najostrzejszy żart to ten precyzyjny, a nie ten najgłośniejszy. I było pisanie: cztery programy, „Michałek”, „Jusz czas”, „Zasługujesz na kogoś lepszego” i „O miłości cztery skrzynie”, z których każdy powstał inaczej i każdy czegoś mnie o strukturze nauczył.
Uczyć zacząłem, bo zmęczyło mnie tłumaczenie tego samego po open micach o drugiej w nocy.
Okazało się, że da się to poukładać: mechanizmy, kolejność, ćwiczenia, informacja zwrotna. Tak powstał „Stand-up w Budowie” — piętnaście edycji, ludzie, którzy wygrywali potem konkursy i nagrywali własne programy. Nie dlatego, że dałem im talent. Dlatego, że przestali zgadywać.
Potem zaczęły dzwonić firmy. Najpierw po występ, potem po warsztat, w końcu po pomoc z tym, jak w ogóle mówią do ludzi. I to jest ta sama praca: znaleźć mechanizm, nazwać go, pokazać, jak go użyć. Zmienia się tylko sala.
Nadal gram. Nadal piszę. Nadal czasem nie działa — i nadal wtedy wiem dlaczego.
